"Afera" to ulubione określenie dziennikarzy, polityków i nie tylko. Pełni rolę swoistego wytrycha, zastępując inne, wymagające większej precyzji oraz znajomości rzeczy opisy czy nawet opinie. Jest typowym makaronizmem językowym, zwłaszcza po podpięciu do charakteryzującego ją słowa kluczowego dopisku "-gate".

Na takiej zasadzie osławiona  amerykańska "Watergate" zrodziła po latach w Polsce takie słowa-potworki, jak: Rywingate, Orlengate, Begergate. Trudno powiedzieć, czy ich genezę lepiej tłumaczą nasze narodowe kompleksy czy po prostu nie odrobione lekcje z Mikołajem Rejem.

Autorzy dzieła Nowy Leksykon PWN wydanego w roku 1998 zawierającego ponad 100 tys. haseł miejsca na "aferę" jeszcze w nim nie znaleźli. Jednak już wydany w 2005 r. przez to samo wydawnictwo "Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów" pod redakcją Jerzego Bralczyka dostrzega przytomnie wpisali się w dynamikę sytuacji społeczno-politycznej, definiując aferę jako kolidujące z prawem przedsięwzięcie z udziałem wielu osób i alternatywnie: sensacyjne wydarzenie. Co ciekawe, aferzysta wg "Słownika" to nie tylko negatywny bohater afery ale także osoba, która we wszystkim doszukuje się sensacji.

Mam wrażenie, że niekiedy trudno zgadnąć jakim przesłankami kierują się media systematycznie obwieszczając kolejne afery. Niewątpliwie najgłośniejsze w ostatnim czasie to "afera przeciekowa", "afera podsłuchowa" i związana z nią – "afera aktowa" lub "wyciekowa". Tak właśnie niektórzy politycy i publicyści usiłują ochrzcić i zdyskontować oczywisty w rozumieniu obowiązującego prawa fakt udostępnienia przez prokuratora akt sprawy śledztwa o zakładanie nielegalnych podsłuchów. Określenie: największy "wyciek" w historii polskiej prokuratury należy przy tym do najłagodniejszych.

Prezes Rady Ministrów Pani Ewa Kopacz zadeklarowała wręcz odmowę przyjęcia sprawozdania Prokuratora Generalnego za 2014 r. w związku z publikacją w Internecie materiałów ze śledztwa z tzw. afery podsłuchowej. W głośnym pohukiwaniu na prokuratora wyczyny organizatorów podsłuchów, klepiących bez umiaru głupoty polityków, a przede wszystkim dopuszczających się czynu karalnego prawników oraz dystrybutora, który upublicznił je w Internecie, zeszły na daleki plan i niemal zupełnie straciły na znaczeniu.

Tłumaczenia Prokuratora Generalnego i rzeczników prasowych poszczególnych prokuratorskich szczebli organizacyjnych zdały się na nic. Kiedy już "przeciekowa" ucichnie, a ucichnie nie tyle po dokładnym wyjaśnieniu "co i jak", lecz za sprawą kolejnej, jeszcze bardziej nagłośnionej "afery", po wszystkim pozostanie tylko przeświadczenie opinii publicznej, że największym sprawca afer w Polsce jest, jak zawsze - prokurator.

Jakże śmiesznie małe znaczenie wobec takiego przeświadczenia ma deklaracja prokuratorskiego Związku Zawodowego stwierdzająca, że "w działaniu prokuratorów nadzorujących śledztwo w sprawie tzw. afery podsłuchowej brak jest jakichkolwiek, najmniejszych nieprawidłowości".

Kto z decydentów w Polsce tak naprawdę liczy się z profesjonalną opinią, że cytuję kolejny fragment tej deklaracji: "Prokuratorzy udostępniający materiały działali w całkowitej zgodności z literą prawa. Co wymaga szczególnego podkreślenia, prawa stanowionego przez polityków zasiadających w Parlamencie, a zatem osób w pełni odpowiedzialnych za treść jego norm. W ich świetle, dopiero nieudostępnienie pokrzywdzonym materiałów, godziłoby w ich konstytucyjnie i kodeksowo gwarantowane prawa obywatelskie."

Dodajmy i to jeszcze, że prawo stron, a więc podejrzanych i pokrzywdzonych, a także ich obrońców i pełnomocników, ustawowych przedstawicieli do przeglądania akt sprawy, robienia z nich notatek oraz odpisów gwarantowane jest w polskiej procedurze karnej od momentu uzyskania niepodległości. Kodeks postępowania karnego z 1928 r. w odpowiednim artykule deklarował bezwarunkowy dostęp wymienionym podmiotom do akt postępowania w kancelarii sądowej wraz z możliwością sporządzania z nich odpisów, w dochodzeniu o dostępie do akt decydował zawsze prokurator, zaś w śledztwie – sędzia śledczy. Dostępu do akt, sporządzania z nich notatek i odpisów osobom bezpośrednio zainteresowanym wynikami postępowania nie przekreślił nawet Kodeks wojskowego postępowania karnego z dnia 23 czerwca 1945 r., który "za zezwoleniem władzy rozporządzającej aktami sprawy" umożliwiał dostęp do nich w każdym czasie, a po doręczeniu oskarżonemu aktu oskarżenia dostęp ten i oskarżony i jego obrońca mieli z mocy prawa zagwarantowany.

Kolejne wielkie legislacje procedury karnej, w tym oczywiście te z 19 kwietnia 1969 r. oraz z 6 czerwca 1997 r. konsekwentnie stały na stanowisku, że akta sprawy sądowej mogą być udostępniane stronom, za zgodą prezesa sądu także innym osobom, a w postępowaniu przygotowawczym zgodę na udostępnienie akt stronom wydaje prowadzący postępowanie, zaś prokurator dodatkowo może zgodzić się na ich udostępnienie innym jeszcze osobom. Wprowadzone ograniczenia w dostępie do wydawania odpisów dotyczyły jedynie spraw, w których zachodziło ryzyko ujawnienia tajemnicy państwowej albo z uwagi na ważny interes państwa ich jawność została wyłączona.

Pojawia się więc pytanie, co takiego się stało, że udostępnienie obrońcy akt tak zgorszyło nasze Panie i Panów polityków oraz niektórych nakręcających społeczne emocje dziennikarzy? Obawiam się, że nie chodziło o samą decyzję, która jest prostą konsekwencją realizacji prawa stanowionego przez władzę ustawodawczą.

Wszak litera prawa obowiązującego "teraz i tu", do której wypadnie się znowu odwołać przypomina, że stronom, podmiotowi określonemu w art. 416, obrońcom, pełnomocnikom i przedstawicielom ustawowym udostępnia się akta sprawy sądowej i daje możność sporządzenia z nich odpisów. W toku postępowania sądowego udostępnia się na ich wniosek akta postępowania przygotowawczego w części, w jakiej nie zostały przekazane sądowi, także w celu utrwalenia ich w postaci elektronicznej. Jeżeli zaś zachodzi niebezpieczeństwo ujawnienia informacji niejawnych o klauzuli tajności "tajne" lub "ściśle tajne", przeglądanie akt, sporządzanie odpisów i kopii odbywa się z zachowaniem rygorów określonych przez prezesa sądu lub sąd.

Natomiast w toku postępowania przygotowawczego stronom, obrońcom, pełnomocnikom i przedstawicielom ustawowym udostępnia się akta, umożliwia sporządzanie odpisów lub kopii oraz wydaje odpłatnie uwierzytelnione odpisy lub kopie. Tylko potrzeba zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania lub ochrony ważnego interesu państwa może prawo to ograniczyć.

Byłym, obecnym i przyszłym legislatorom pragnę zwrócić uwagę na logiczną konsekwencję różnicy, jaka wynika z brzmienia zwrotów: "akta sprawy sądowej mogą być udostępnione" i "udostępnia się akta". Kategoryczność tego ostatniego sformułowania, w przeciwieństwie do uznaniowości pierwszego, powinna być i chyba jest dla każdego  czytającego ze zrozumieniem oczywista. W rezultacie, jeżeli prokurator ocenił, że ważny interes państwa nie jest zagrożony, a na danym etapie sprawy wiedza o niej nie jest stanowi niebezpieczeństwa dla osiągnięcia celów postępowania karnego, to miał nie tylko możliwość, ale obowiązek akta uprawnionym osobom udostępnić.

Kierowane do legislatywy, czyli naszych przedstawicieli w parlamencie wołanie o jakość stanowionego prawa nie jest niczym nowym. Nie tak dawno miałem okazję przygotowywać recenzję dla jednego z periodyków naukowych. Ciągle jeszcze dla mnie anonimowy Autor zawarł w nadesłanym do opublikowania artykule kapitalną konkluzję: tak, istnieje „prawo do dobrego prawa”. I celnie dodał: skoro niekwestionowane jest prawo do sądu, rzecz prosta: nie byle jakiego, ale sądu sprawiedliwego, niezależnego, bezstronnego i niezawisłego, skoro dzisiaj odkrywamy też i staramy się egzekwować podmiotowe prawo do dobrej administracji, to przecież warunkiem nieodzownym realizowania tych uprawnień jest istnienie adekwatnego, dobrego właśnie prawa. Prawa, które stanowi tworzywo, metodę, rację i uzasadnienie,  na których gruncie działa sądownictwo, prokuratura, administracja i inne podmioty władzy publicznej.  

Tylko tyle i aż tyle. Dlaczego jednak mam nieodparte wrażenie, że to wołanie o rzecz oczywistą jest ciągle głosem wołającego na pustyni.

Jan WOJTASIK

Miejsce pierwszej publikacji:

Kwartalnik naukowy "Genetyka + Prawo" nr 26-27/2015

Publikacja z cyklu: Krzywy paragraf

Pełna wersja elektroniczna artykułu jest dostępna tutaj:

 

pogoda.net