Nie przypominam sobie innego pomysłu na poprawę wymiaru sprawiedliwości, który w porównywalnym stopniu podzieliłby środowiska profesjonalnie zaangażowane w jego sprawowanie. Chodzi oczywiście o kolejną, nie pamiętam już którą nowelizację procedury karnej. Rozpocznie ona swój żywot niebawem, gdyż już 1 lipca tego roku.

Jej podstawowym założeniem jest skoncentrowanie wszystkich niemal  czynności dowodowych na etapie rozprawy głównej, ograniczenie roli sądu do pozycji dystansującego się od dociekania prawdy arbitra i pozostawienie spierającym się o wyższość swoich racji stronom, czyli oskarżycielowi i obronie, nie tylko inicjatywy dowodowej, ale obowiązku samodzielnego przeprowadzenia każdego dowodu.

Innymi słowy, ma być jak w Ameryce, a dokładniej, jak na amerykańskim filmie - zaangażowany od początku do do samego końca procesu jeden i ten sam prokurator, efektownie działający na rzecz swojego klienta adwokat, każdy otoczony wianuszkiem wspierających go asystentów, a nad wszystkimi trzymający porządek i dyscyplinę przy pomocy swojego niekwestionowanego autorytetu oraz drewnianego młotka sąd. Na razie jeszcze, w sumie nie wiadomo dlaczego, bez ławy przysięgłych. Może tylko dlatego, że takową mają już w Rosji?

Wszystko zaś po to, żeby było szybciej, bardziej jawnie i oczywiście sprawiedliwiej, niż dotychczas.

W toczonej na kilku płaszczyznach dyskusji widać i słychać przede wszystkim prokuratorów i adwokatów. Ci pierwsi jakoś nie podzielają entuzjazmu ideologów i twórców nowelizacji, drudzy wprost przeciwnie - zdecydowanie są ukontentowani.

Znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się ułożyły poglądy, nie jest chyba trudno. Prokurator szybko przyzwyczaja się do ograniczeń swojego zawodu. W przeciwieństwie do amerykańskiego kolegi po fachu, nie będzie mógł zająć się  tylko sprawami, które sam uzna za ważne i warte zainteresowania, gdyż zasada legalizmu obliguje go do zajęcia się wszystkimi zawiadomieniami o przestępstwie, jakie do niego wpłyną. Wbrew niektórym opiniom, możliwości, jakie daje ugoda z oskarżonym, to przede wszystkim oszczędność czasu i pracy sądu, a dyscyplina finansowa i tak zmusi go do szukania najtańszego biegłego.

Adwokat przeciwnie: To on co do zasady decyduje, ile spraw i jakich może i zechce poprowadzić, a koszty, w tym należności dla biegłego, są w istocie kosztami, tej strony, która udzieliła mu mandatu. Prognozowany zaś odsetek osób uniewinnianych daje szansę na kolejne procesy, a tym samym i kolejne honoraria, tym razem o odszkodowania za niesłuszne aresztowania, oskarżenia i inne przykrości spowodowane prowadzonym postępowaniem.

Zrozumiałą powściągliwość zachowują biegli - inny ważny uczestnik procesu karnego. Dla nich nowy model postępowania karnego staje się szansą większego urynkowienia cen za ich usługi. Zwłaszcza opinie korzystne dla oskarżonego mogą rosnąć w cenie. Jak stwierdził to niedawno jeden z najlepszych znawców tematu, najważniejsze, żeby nie dać się wcześniej wynająć marnie płacącemu prokuratorowi.

I tylko sędziowie milczą. Mogą sobie na to po prostu pozwolić. Wystarczy im "policja sesyjna" i kumulacja prawa do oceny winy oraz wymiaru kary. Takiej władzy nie mają nawet sędziowie w Stanach Zjednoczonych.

Oczywiście przywołane tu opinie są w większości przerysowane i zapewne polipcowa rzeczywistość w wymiarze sprawiedliwości nie będzie aż taką rewolucją, jaka się jawi w niektórych kasandrycznych wizjach. Wszak nigdy nie jemy tak gorącego pokarmu, jaki jest on podczas gotowania. 

Szkoda jednak, że legislator uwierzył głosicielom propagandy głoszącej, iż model polskiego procesu karnego zrodzony został przez Stalina i zapomniał, że legalizm jest cechą znamionującą europejski proces kontynentalny, a zadaniem ważnego w tym modelu śledztwa jest ograniczenie ryzyka błędów na etapie rozprawy sądowej.
We Francji, Włoszech czy Belgii władcze uprawnienia prokuratorów, także te z zakresu władzy dyskrecjonalnej, nie maleją, a podnoszeniu efektywności ich śledztw służą nie tylko dyspozycyjni sędziowie śledczy, ale liczni asystenci czy oddelegowani do pracy na rzecz prokuratury policjanci.

Europa znalazła juz też sposób na szybsze sądzenie. Przykład tym razem z Holandii, gdzie kilkanaście lat temu miałem okazję gościnnie wizytować tamtejsze jednostki wymiaru sprawiedliwości i tzw. aparatu ścigania.

Znalezione zwłoki, po zabraniu z miejsca zdarzenia, trafiają do instytutu nauk sądowych. Rankiem następnego dnia w instytucie zjawia się prokurator, przedstawiciel policji i adwokat. Ten ostatni, jeżeli nie ma pełnomocnictwa rodziny, jest adwokatem dyżurnym z listy. Każdy z przybyłych ma swój czas na zdefiniowanie oczekiwań wobec medyka sądowego. Medyk je realizuje, jeżeli pozwala na to stan zwłok, wyposażenie instytutu i możliwości nauki. Etap badania zwłok zostaje tym samym raz na zawsze zamknięty.

Nie inaczej, oczywiście w sensie pragmatycznym, jest z przesłuchaniem świadków. Skoro podczas śledztwa czynności tej dokonał raz prokurator, to nawet w sprawie o zabójstwo nie ma praktyki ponownego przesłuchiwania ich w sądzie podczas rozprawy. Szkoda czasu sądu i świadków. Podobnie rzecz ma się z biegłymi. Są  zbyt kosztowni na ponowne zajmowanie im czasu. Powoływanie innych ekspertów w nadziei, że wydadzą korzystniejszą opinię niemal się z tego samego powodu nie zdarza. Wyrok zapada po kilku godzinach od momentu rozpoczęcia rozprawy.

Jak widać na tym przykładzie bez "ameryki" też można sądzić szybciej. Także w Europie. Wystarczy tylko trochę samoograniczenia w mnożeniu celów i zadań. Zwłaszcza zadań stawianych innym. Droga, w przeciwieństwie do celu, jest zawsze realna i dobrze byłoby się z nią czasem liczyć.

Jan Wojtasik 

Miejsce pierwszej publikacji:

Kwartalnik Naukowy "Genetyka + Prawo" nr 24-25/2015

Data pierwszej publikacji: maj 2015

pogoda.net