[...] Szpital psychiatryczny o zaostrzonym rygorze w Atascadero był przechowalnią wszelakiej maści popaprańców, i chociaż Edmund chodził na "terapię", to z leczeniem nie miała ona wiele wspólnego.

To jakby można było w ogóle wyleczyć to, co w nim siedziało. Lata upokarzania i odtrącenia. Tego nie można było wymazać, uzdrowić. To było integralną częścią jego osoby. Mógł tylko zabić siebie albo skierować swój gniew na innych, a ponieważ cenił swoje życie, wybór był prosty.

W szpitalu go nie wyleczyli, ale ale za to nauczył się bardzo wiele. To było tak, jakby trafił do szkoły przyszłych zabójców i dewiantów. Od swoich nowych kolegów nauczył się, jakie błędy popełniali i jak dali się złapać.

Od psychiatrów nauczył się ich języka i psychologicznych sztuczek, które próbowali stosować na nim. Zawsze miał smykałkę do nauki, a ponieważ z natury był sympatycznym człowiekiem, wszyscy chętnie dzielili się z nim swoją wiedzą.

Po jakimś czasie wiedział już, jak odpowiadać na pytania, które zadawali mu psychiatrzy. Wiedział, co mówić, aby uznali go za zdrowego w świetle wyznawanych przez nich norm. Dzięki temu w końcu wyszedł na wolność, i dzięki temu, pomimo corocznych kontroli, nie mieli pojęcia o tym, co siedzi w jego głowie. [...]

Łukasz Wroński, W umyśle mordercy, Wydawnictwo "Skarpa Warszawska", Warszawa 2019 s. 150

 

pogoda.net