Wiosną ubiegłego roku podczas jednej z imprez sportowych znajomy redaktor zapytał mnie nieoczekiwanie, czy zgodziłbym się opowiedzieć dla jego dziennika o najważniejszym dniu mojego życia. W ułamku sekundy przebiegłem myślami ponad 60 lat i odpowiedziałem – nie!

Po pierwsze dlatego, że dopóki życie trwa, każda odpowiedź będzie niepewna – skąd możemy wiedzieć, co czeka nas chociażby jutro.

Po drugie, kto wie, czy z samej natury rzeczy takim dniem zawsze i u każdego nie jest dzień jego narodzin. Wszystko dobre i złe, co później nam się przydarza, uwarunkowane jest tym pierwszym dniem życia. Bez niego nie ma nic.

Po trzecie, można sobie kalkulować, czy ważniejsze jest ukończenie szkoły określonego szczebla, rozpoczęcie pracy, założenie rodziny, śmierć osoby bliskiej. Taki ranking zawsze jest względny i pozostanie subiektywną spekulacją.

Jednak, pomimo stanowczej odmowy wdawania się w tego rodzaju spekulacje, pytanie postawione przez dziennikarza co pewien czas nurtowało moje myśli. Olśnienie przyszło niespodziewanie podczas wertowania starego albumu ze zdjęciami.

Tak! Ten najważniejszy dzień mojego życia najpewniej wydarzył się gdzieś na przełomie 1967 i 1968 roku. Daty nie pamiętam, ale niektóre szczegóły mocno wryły mi się w pamięć. Było to w mojej szkole, czyli ówczesnym Liceum Ogólnokształcącym im. Janka Krasickiego w Nowej Soli. Po skończonej lekcji historii Pani Profesor Natalia Plomer poleciła mi pozostanie w klasie. Gdy cała klasa znalazła się już za drzwiami, padło nieoczekiwane pytanie: co zamierzam robić po maturze? Nieoczekiwane, gdyż Pani Plomer nie była moją wychowawczynią, a zwykle planami tego rodzaju interesowali się właśnie wychowawcy klas.

Zgodnie z moimi zamierzeniami odpowiedziałem, że chciałbym zdawać egzamin na historię na Uniwersytecie Wrocławskim i w przyszłości pracować jako historyk. Dodałem też, że w przypadku niepowodzenia na egzaminie wstępnym będę się starał dostać na historię w Studium Nauczycielskim. Była taka szkoła bodajże w Gorzowie Wlkp.

W tym momencie stała się rzecz co najmniej dziwna. Pani Profesor miast radości, że znalazła kontynuatora swojej szlachetnej profesji, spojrzała na mnie z wyraźną dezaprobatą, po czym powiedziała: na historię?! No to popatrz sobie na mnie, może Ci przejdzie? Jeżeli już tak pracujesz nad historią, to idź przynajmniej na prawo. Egzamin właściwie ten sam, a jakie inne życie po prawie!

Przyznam, że nie od razu zrozumiałem intencje mojej interlokutorki. Jej argumentacja musiała jednak wypaść przekonująco, gdyż już po kilku dniach znalazłem się w Kole Przyszłych Prawników. Tak nazywało się kółko zainteresowań prowadzone przez ambitnego aplikanta prokuratorskiego Roberta Sasa.

Spotykał się z nami raz w tygodniu i ciekawie opowiadał, czym jest prawo, jakie są zawody prawnicze i role poszczególnych uczestników procesu. Nie tylko opowiadał. Z jego inspiracji cała grupa udała się pewnego rodzaju do kina „Odra” i tam obejrzeliśmy dramat produkcji amerykańskiej. Najogólniej problem sprowadzał się do znalezienia sposobu pociągnięcia do odpowiedzialności karnej sprawcy zgwałcenia trzech kobiet: babci, matki i wnuczki. Nie było to takie łatwe, gdyż sprawca faktom nie zaprzeczał, ale widział je zupełnie inaczej niż oskarżające go kobiety, a i one opisywały przebieg zdarzenia bardzo niejednolicie.

Szczegółów fabuły nie jestem w stanie przytoczyć, ale najważniejsze było to, że po filmie odbyła się dyskusja, a po niej Pan Sas przydzielił nam role do odegrania w zainscenizowanym procesie. Ten proces odbył się w największej sali Sądu Powiatowego w Nowej Soli. Przypadła mi rola prokuratora. Przedstawiłem sądowi akt oskarżenia, zadawałem pytania, wygłosiłem mowę oskarżycielską. Gdy sąd ogłaszał werdykt, za oknem była już niemal noc. Nie muszę już pewnie dodawać, że zapadł wyrok skazujący, a kara była surowa.

A potem był egzamin na prawo, aplikacja prokuratorska i zapewne liczone w tysiącach przypadki, kiedy to w tej samej sali sądowej, z tego samego fotela przy stole sędziowskim odczytywałem akty oskarżenia, zadawałem pytania świadkom, biegłym i oskarżonym, stawiałem wnioski i wygłaszałem mowy oskarżycielskie. Jednak zawsze były to już sprawy, których scenariusz pisało życie.

Z tej pierwszej filmowej rozprawy pozostała mi jeszcze jedna szczególna pamiątka – zdjęcie wykonane przez któregoś z kolegów. Zamieściłem je poniżej.

A z Panem Robertem Sasem spotkałem się na różnych salach sądowych jeszcze wiele razy. Gdy ja za jego przykładem przygotowywałem się do roli prokuratora, on zmienił zawód i został adwokatem. To oznaczało zupełnie różne punkty widzenia na ten sam temat. Wielokrotnie stawaliśmy w szranki przeciwko sobie. Ja jako rzecznik interesu publicznego, on jako obrońca swoich klientów. Bywało, że do argumentów merytorycznych dokładaliśmy emocjonalne. Nigdy go nie zapytałem, czy ma świadomość, gdzie kształtowała się moja determinacja oskarżycielska, nim jeszcze zostałem prokuratorem. 

Wracając zaś do problemu postawionego na wstępie: tak, ten dzień, w którym Pani Profesor Natalia Plomer przeprowadziła ze mną rozmowę zdecydował o wielu ważnych sprawach – spotkaniu prawnika–prokuratora, posmakowaniu niektórych elementów fikcyjnego śledztwa i uroków skutecznego działania na sali sądowej, wyborze studiów i przyszłego zawodu. I trzeba jeszcze dodać, że to na tych studiach poznałem swoja przyszłą żonę. Praca i małżeństwo okazały się wyznacznikami całego mojego dalszego życia.

Jan WOJTASIK

 

pogoda.net